Naszym dzieciom.


28 kwi 2015

Baśń o ziemnych ludkach

Gdzieś w zagłębieniu ziemi, w korzeniach drzew, w opuszczonych dziuplach, pod kamieniami i w mysich dziurach. Tak, one mogą mieszkać wszędzie. Ziemne ludki, krasnoludki czy inne skrzaty. Tego typu historie fascynowały mnie w dzieciństwie najbardziej. Może dlatego, że ten mały światek miałam na wyciągnięcie ręki - tuż obok domu las, pola, ogród. Tak więc siłą rzeczy rozumiałam i czułam "co autor miał na myśli" ;) Jako dziecko lubiłam przed zaśnięciem projektować w wyobraźni miniaturowe domki czy urządzać je szczegółowo.
Teraz te wyimaginowane skrzacie światy odchodzą do lamusa na rzecz, nazwijmy to roboczo 'małej psychologi dziecięcej', którą aż kipią współczesne książki dla dzieci. To dobre i ciekawe, ale najczęściej dla tego dziecka, które ukryte jest w nas, dorosłych. Natomiast dla prawdziwych dzieci ważne są te rejony, w których mogą poruszać się samodzielnie.
A kontakt z naturą im to umożliwia i uwrażliwia na trudniejsze sprawy, na ukochanie poezji codzienności.
Rozwikłanie tajemnic przyrody, antropomorfizacja jej darów to jedne z pierwszych etapów dorastania. Poznawanie niezwykłych światów, rozgraniczanie ich odbywa się naturalnie poprzez ich badanie.
Prezentujemy tym razem czytelniczą próbkę na podstawie znalezionej perełki Baśń o ziemnych ludkach Juliana Ejsmonda. Pierwsze jej wydanie nastąpiło w 1914 roku. Czy ta stuletnia historia może mieć dziś swoich odbiorców?

                                                          Nasza Księgarnia 1959, wyd. III

Trochę wytarte brzegi i pożółkłe strony skrywają tajemnicę pewnego malutkiego rodu, który z Wiosną żyje za pan brat. Ilustracje Teresa Tyszkiewiczowa.






  




Obudzone z zimowego snu ziemne ludki szykują się na przywitanie wiosenki, szyją kolorowe stroje, farbami odświeżają świat i kompletują podarki.
Przyznam, że w pierwszym podejściu nie przebrnęliśmy przez tę lekturę. Dzieci potrzebowały zachęty i czasu, by osłuchać się z tym rytmicznym, dziecięcym eposikiem, a przede wszystkim potrzebowały powietrza:) Czytanie na głos w domu groziło nam popadnięciem w monotonię, a to dlatego, że takiej stylistyki już się współcześnie nie uprawia. Pozostało tylko świadectwo dźwięcznej, polskiej mowy  - miejmy nadzieję, że za parę dekad nie będzie ona czymś tak mitycznym jak mowa elfów;)
Aby nie sprowadzać książeczki do roli przynudnawej, zamierzchłej historii, trzeba było działać i ów mrówczy ludek sobie zrekonstruować.
Najlepiej do tego celu nadały się takie materiały jak korki po winie - imitujące zdrewniałą naturę ziemnych osobników oraz barwny, ciepły w dotyku filc.
Pokazałam jak zrobić ludkom czapeczki i przyszpilić nosy. K. dzielnie zszywał nakrycia głowy a pod rączkami L. rósł szpilkowy las;)
W parę chwil zabawka była gotowa, mogła ożyć i prowadzić rozmowy słodkim głosikiem Lidii.



Następnie, przy pierwszej sposobności, spakowaliśmy ludki w kieszeń i zabraliśmy je na wieś do babci. Pokazałam dzieciom starą wierzbę, na którą to wdrapywaliśmy się z rodzeństwem i kolegami, by urządzić sobie na niej domek. Aż trudno uwierzyć, że przesiadywaliśmy w tych konarach całe przedpołudnia, taszcząc ze sobą na górę prowiant. Teraz w zagłębieniu kory schowałam uprzednio nasze ludki wyznaczając dzieciom zadanie odszukania ich. Nowe lokum chyba pozwoliło odczuć baśniową atmosferę i pogawędzić o stworzeniach zamieszkujących w różnych zakamarkach.



Dziadek pokazuje wnuczkowi jak wysoko właziła mamusia;)

A pod drzewem poznawczy raj: mnóstwo patyków do zabawy, ślimaczych muszli, kamieni i zwinnych jaszczurek:)

2 komentarze:

  1. Cudniaście i tak jak lubimy najbardziej [ mama szczególnie ;) ].
    Zwąchaliśmy się w podobienstwach, my "przerabiamy" Niebożęta z książki A.Taborskiej i w realu :)
    https://instagram.com/p/2GqV2xh5z0/?taken-by=emilowowarsztatowo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również mam wrażenie, że wiele rzeczy nam się wspaniale zazębia:) Zaintrygowałaś mnie tą książką na maksa! U nas niedługo też coś o nakrapianych cudach... :)

      Usuń