Naszym dzieciom.


20 cze 2015

Jak Wojtek został strażakiem/ Nie pali się

i jak dzieci palą się do wspólnego czytania;)
Ale najpierw mała dygresja o lekturze, którą obowiązkowo musiałam przeczytać w szkole podstawowej. Do dziś pamiętam naszą szkolną bibliotekę, tę wąską kiszkę z jednym, jedynym, oknem za biurkiem pani bibliotekarki i wysokie regały, na których powciskane były książeczki. Pamiętam też długi ogonek uczniów, czekających na wypożyczenie książki. I dziwię się, że stan wyposażenia ówczesnych bibliotek wcale nie zniechęcał nas do szperania po regałach i wyszukiwania sobie ciekawszych egzemplarzy, a nawet do dyżurów w bibliotece na ochotnika. Z niecierpliwością wyczekiwałyśmy z koleżankami do przerwy, żeby zbiec na dół i pomagać pani bibliotekarce, która wtajemniczała nas w arkana katalogowania, prowadzenia kart czytelników, a czasem pozwoliła postawić biblioteczną pieczątkę na siódmej stronie książki....

Wierszowaną przygodę Wojtka, małego chłopca, marzącego o służbie w Ochotniczej Straży Pożarnej, kojarzyłam z wydania zilustrowanego przez Bohdana Bocianowskiego - pamiętam nawet na którym miejscu stały te lektury. Nie wiem natomiast, czy mundur, hełm i wóz strażacki robiły na mnie wrażenie, jako na dziewczynce, ale wspominam, z jakim zapałem rysowaliśmy potem swoje wrażenia z lektury w specjalnym zeszycie. 
Historię napisaną przez Czesława Janczarskiego postanowiłam odczytać dzieciaczkom z tej prostej przyczyny, że syn przechodzi fascynację wszystkim, co wiąże się ze Strażą Pożarną właśnie (raz nawet uznał, że zostanie strażakiem i kucharzem jednocześnie, bo kiedy taki strażak odpoczywa to może wtedy gotować;) Wcześniej, niezliczoną ilość razy wertował książkę Strażacy Emilie Beaumont z serii "Świat w obrazkach" (Wydawnictwo Olesiejuk) i opowiadaliśmy sobie dzieje tego zawodu od momentu, kiedy nasi praojcowie nauczyli się korzystać z ognia. Mnóstwo szczegółów zawartych w tej pozycji sprawiła, że stała się ona dla Kacpra bardzo pociągająca. Byłam ciekawa jak zareaguje na opowieść o dzielnym chłopcu, który nie bał się niebezpiecznych płomieni. 


Na początku, i owszem garnął się do słuchania tekstu, ale już po chwili nie interesowały go ani walory przyrodnicze wsi Kozie Różki, ani strażacka orkiestra. "Gdzie Wojtek?" - pytał zniecierpliwiony i wszystko skrupulatnie sprawdzał na rysunkach stworzonych przez Jerzego Flisaka (Nasza Księgarnia 1988)Takie wydanie przykładnie wypożyczyliśmy bowiem z biblioteki.




Chwaccy strażacy zyskali jego podziw, podobnie jak wyczyn Wojtka, który uratował z płonącego domu małe dziecko. Przytomność umysłu, liczenie się z realnym niebezpieczeństwem, szybkie ocenienie sytuacji i ryzykowna decyzja, podjęta w słusznej sprawie - wszystkie te cechy, którymi wykazał się marzyciel zjednały mu uznanie samego komendanta straży pożarnej. 

Czyn ten ciebie Wojtku,
Przemienił w Wojciecha.




Czy bohater Janczarskiego może jeszcze być idolem dla współczesnych pierwszoklasistów? Zawód strażaka na pewno wciąż wzbudza wiele pozytywnych emocji u dzieci, które żądne są przygód i przeżywania nieprawdopodobnych historii. Wierszowana opowieść, pokazująca w jaki sposób spełnia się jedno z dziecięcych marzeń, uzmysławia nam ile trudu czasem trzeba włożyć, by niosąc pomoc innym zrealizować siebie. Chociaż kusi błyszczący hełm i lśniący wóz, są to jedynie dodatki. Z jednej strony, bez dojrzałej postawy nie ma wielkich czynów, które kwalifikują do społecznej służby. A z drugiej, Wojtek to przecież 'jeszcze dziecko', prawda?
Zresztą, trzeba również zgodzić się z Szymborską , że ....tyle wiemy o sobie,/ ile nas sprawdzono.... (wiersz Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej).


Opowiastka sprzed ponad pięćdziesięciu lat i dzisiaj może być głosem w dyskusji na temat choćby dopuszczania dzieci do 'ważnych' czy ' dorosłych' spraw i tego, co bywa wyznacznikiem dojrzałości.

Co mnie dziwi to to, że syn, już na etapie zaznajamiania się z pracą strażaków na podstawie pierwszej z przytoczonych książeczek, stawiał mi bardzo konkretne, realistyczne pytania. Na większość z nich po prostu nie umiałam od razu odpowiedzieć. Może odruchowo chciałam oszczędzić mu katastroficznych wizji pożaru i jego konsekwencji?
Dlatego analizowanie obrazków było bardzo pomocne. Mogliśmy wspólnie zastanawiać się nad hipotetyczną sytuacją i ćwiczyć myślenie przyczynowo-skutkowe.

Nie obyło się i tym razem bez ludycznej formy objęcia tematu.
A tak, jak się dzieciaczkom do wiernej lektury nie paliło, tak spieszno im było do malowania płomieni, kłótni o kredki, rysowania okienek spalonego domu.
Dzieci to istny żywioł! - dotarło do mnie po raz kolejny. Raz, dwa na ścianie przykleiliśmy papierową taśmą pomoce, by za moment odgrywać nasze role z udziałem strażackiego wozu. Było więc przyswajanie numeru alarmowego, przyjmowanie zgłoszenia i organizowanie akcji ratowniczej - wszystko, stosownie rozliczone przez dzieci, co do minuty...:) Na estetkę prac i zdjęć nie ma co liczyć, ale nie o to chodzi;)




Inną formą potraktowania tematu może być słowna zabawa ze związkiem frazeologicznym "nie pali się", którą wykorzystała w swoim tekście Hanna Kaltenbergh. 
Otóż pewien chłopiec, o imieniu Jacek, bardzo nie lubił porannego wstawania - no, niemal nigdy nie paliło mu się do przedszkola. Mycie się i ubieranie odwlekał zwykle do ostatniej chwili. Najtrudniej było, wiadomo, w poniedziałki... Jednak pewnego dnia zupełnie mu się odmieniło, a wyszła z tego niezła heca i przygoda ze strażą ogniową.
Polecam tekst (z moich wspomnień) dedykowany dzieciom, drukowany w "Magazynie Rodzinnym" (z powodu braku okładki nie podaję roku i numeru tego wydania - w przybliżeniu lata osiemdziesiąte).



Na koniec zdradzę, że i mama miała niedawno strażacką przygodę, i z okazji dnia dziecka (charytatywny festyn) dała się synowi namówić na wjazd strażackim wysięgnikiem - dla błysku w oczach małego i  panoramy miasteczka warto było opanować lekko rozdygotane kolana i łaskotanie w brzuchu ;)

2 komentarze: