Naszym dzieciom.


17 lut 2016

Ziarenka maku

Mikroskopijne ziarenko maku - gdybyśmy je oddzielili od reszty nasion i położyli na otwartej dłoni - byłoby prawie niezauważalne z pewnej wysokości. Niektórym byłyby potrzebne okulary na nos, innym lupa, a jeszcze inni nie zadawaliby sobie trudu, żeby się wnikliwie ziarenku przypatrzyć. 
Do tego potrzeba czasu. Podobnie jak czasu i uwagi wymaga obserwowanie krótkich, ulotnych chwil z naszej codzienności. Poetom udaje się to znacznie częściej, niż zwykłym śmiertelnikom, dlatego poszukajmy ich wokół sobie - niech nam przetłumaczą ów dziwny język, którym przemawia do nas otoczenie.
Jednym z takich "tłumaczy", którego od najwcześniejszych lat poznają już kolejne pokolenia, był Józef Ratajczak. Jego Ziarenka maku pamiętam ze szkolnych czasów, z prawdziwą więc przyjemnością sięgam po ten zbiorek wierszy razem z dziećmi. I przyznaję, że należy do moich ulubionych.
Malcy najpierw rozszyfrowują ilustracje - to zrozumiałe, przecież obrazki pomagają "usłyszeć". Nazywają je i opisują bardzo prosto. Potem rozbrajamy słowa. Ale nie do razu przechodzimy do sedna. Raczej zostawiamy sobie jeszcze dużo do odkrycia. Nie spytamy przecież kilkulatka: "Co poeta miał na myśli?" Nawet starszak wie, że to banalne. W przypadku tak subtelnej poezji, jak u Ratajczaka, nie nastawionej na to, by śmieszyć, potrzeba trochę ukołysać się jej rytmem, a czasem brutalnie przerwać lektorowi, by o coś zapytać.
Albo znów, kiedy czytającej wydaje się, że z kolejnym wersem odsłania dziecięciu prawdę niezwykłą, ono wyprzedza Panią Matkę esencjonalnym podsumowaniem. Mowy nie ma o żadnej górnolotności w Ziarenkach maku:

Tylko uważać
trzeba na swe kroki,
by nie spaść z ziarna
w makowe obłoki.
(Na ziarnie maku)
                                                          Nasza Księgarnia 1966, wyd. I

Później nasze głowy, same o tym nie wiedząc, układają równania, budują obrazy z metafor, a przede wszystkim dotykają ich w żywej postaci.
Wiersze Ratajczaka właściwe takie są - powstałe na gruncie dociekań i obserwacji chwil (płynące obłoki, rozwijanie się burzy, opad deszczu, wiejący wiatr, rzucanie cienia). Zjawiska te poeta przekłada na język dziecięcy w sposób niemal namacalny. Eksperymentujmy z każdym z nich!

Ziarenka maku można nie tylko spróbować uchwycić w najdrobniejszej postaci nasion, z apetytem zjeść, ale warto je sobie także 'wygestykulować'. Wiersze operują mnóstwem czynności, których wykonanie przybliża nas do warstwy semantycznej tekstów:

"nadstawiać głowę"
"wyciągać szyję"
"wyjść - przystanąć - unieść ręce do góry"
"nabrać w dłonie"
"ciekawie słuchać"
"wywołać"
"złowić na wędkę"
"zacisnąć w piąstkę"
"otworzyć okno/drzwi szeroko"
"dmuchać w ogień"
"potrącić kroplę"

Dosyć już wyliczania. Spróbujcie sobie wyobrazić ten szamański taniec zaklinacza deszczu, pór dnia czy zaklinacza snu. Naprawdę trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby iść z nim w tan.
Wydaje się, że jeśli ktoś nosi w sobie wewnętrznego karła, to niestety, ale jego zabiegi będą nieskuteczne:

...
Szydzi, krzyczy, obraża - 
nikt tego nie zauważa.

Płacze - a wkoło tak miło,
jakby tego płaczu wcale nie było.
(Krasnoludkowe kłopoty)

Maluczcy jesteśmy i czasem zbyt racjonalni w podejmowanych w dobrej wierze działaniach (Mama w zimie). Pewnym pomocnym rozwiązaniem w rozumieniu świata wokół może być sugerowana w tych zielonych wierszykach Bliskość. Jedność z naturą. Poszukiwanie towarzysza, sięganie po zabawkę. Totalny dar:

 - Wejdź, proszę! - zawołałem. - 
Oddaję ci dom mój cały.
(Wiatr)

A on swój łeb
wznosiłby bez przerwy ku mnie,
by każdy gest
i każde słowo zrozumieć.
(Mój pies)

Lecz zawsze usnę najprędzej,
gdy rękę mamy mam w ręce.
(Przed snem)

Ilustratorka Bożena Truchanowska  wyraziła tę korelację znakomicie. Obecna w obrazach konwencja snu i "zwolnionego tempa" pozwala na swobodne przyjrzenie się nieuchwytnym zjawiskom natury, jeszcze silniej podkreśla ich złożoność. Kolorystyka tej książeczki zachwyca na starzejącym się papierze. Odnosi się wrażenie jakiejś zabawy atramentem, pisania drobnym maczkiem, albo chlustania ciepłymi barwami, na przemian z zimnymi. Styl Truchanowskiej, tak charakterystyczny, zaprasza czytelnika do bycia wnikliwym i wrażliwym obserwatorem. 

















Bliskość i dbałość. Uwaga. Służą poznaniu i odpoczynkowi. Dziecko może spać bezpiecznie, kiedy wszystko na wyciągnięcie ręki jest oswojone. Wreszcie, zostały spełnione warunki do kolejnych odkryć. A to, że kot ze starości już nie łapie myszy; że lalkom wypadają trociny, a "wrona odchodzi bez pożegnania", i że "we śnie nie ma nic prawdziwego..."
W tradycji ludowej mak znany był ze swoich właściwości usypiających, symbolizował też przejście między życiem a śmiercią - u Ratajczaka 'ziarenka maku' oznaczają pokonywanie granicy pomiędzy fikcją a światem realnym.

Daliśmy się ponieść lirycznemu nastrojowi wierszy Ratajczaka. 
Potrzebujemy również konkretnego działania. Fajnie, że mama chyba to rozumie, bo dała nam mak do zabawy. No nie, żeby była tak do końca zadowolona, kiedy on się nam w rączkach drobi i drobi. Rozsypuje. Ale nie ma rady. Taki mak ma wiele zastosowań - ostatecznie zawsze można go jakoś posprzątać;)

Jest malutki. To fakt. Lekko grzechocze. Gubi się. Czarny? Szafirowy czy niebieski?Jest smaczny!



Tworzymy makowe rysunki. Trochę wyklejamy ziarenkami, a trochę kropkujemy pisakiem. Dom, deszcz, słońce - uwijamy się, bo już stygną kruche babeczki, które będziemy nadziewać masą makową. Mmmm. Tylko te bakalie... (Kto zna książkę o rodzynkach?).  
Z papieru samoprzylepnego robimy żagielki - i makowe okręciki gotowe.



Innego dnia robimy z małą L. makowe berła-grzechotki, wykorzystując puste opakowania spożywcze. Lidka nasypuje łyżeczką mak do tekturowej rurki i plastikowego jajeczka, zaklejamy i szczelnie owijamy papierem samoprzylepnym.


Brat pochwycił pomysł na zabawę w Makowe Państwo. Trwa burza mózgów. Co będzie potrzebne?
Tron, korona, kręcone schody(?!), piłka, dywan, peleryna?  - "Ja nie chcę, łaskocze mnie!" - krzyczy przyszły Król. - "Muszę mieć pierścień z pieczęcią, pójdę poszukam!"
Ok. Lista życzeń pęka w szwach, jak na młode królewięta przystało. W międzyczasie syn zmontował kołyskę z tekturowej skrzynki dla najmłodszej pociechy w Państwie, która natychmiast zaanektowała jeden z przydźwiganych tronów. -"Zrobimy ślub!" - orzekł władca - a wiesz Mamo, kim Ty będziesz? Ktoś musi gotować na zamku i sprzątać." (Hmm, chyba już gdzieś to słyszałam...)
Ledwie dałam radę wyciąć korony, które rodzeństwo ozdobiło w myśl zasady: im oszczędniej, tym lepiej. Na czasie nie zyskałam, jednak szalenie miło patrzeć jak zabawa nabiera swojego tempa, role zmieniają się, a rozemocjonowane towarzystwo pęka za śmiechu.




Stale będę podziwiać tę ich niezwykłą zdolność stygnięcia po zabawie, przechodzenia od czasu rzeczywistego do czasu figlów czy momentu, w którym wyobraźnia przestawia się na inne tory.



2 komentarze:

  1. Fajne są te zabawy po przeczytaniu książki :) Musze ten tytuł gdzieś zapisać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam książkę!! Słabo teksty, ale bardzo dobrze i wyraźnie ilustracje :) Miałam swoje ziarenka maku w ogrodzie u babci Neli i uwielbiałam obserwować jak z zielonej miękkiej kulki wypełnionej białą drobnicą robi się sucha lekkofioletowa makówka, szeleszcząca czarno-grafitowymi ziarenkami. a wszystko to niemal w rękach, na wysokości ciekawskich dziecięcych rączek i oczu :))))
    Fajne te rysunki sypane. No i piękne Wasze Królestwo :)

    OdpowiedzUsuń