Naszym dzieciom.


6 wrz 2014

Cztery misie i ten piąty

Niniejsza książeczka towarzyszy nam już od trzech lat i co jakiś czas chętnie do niej wracamy. Napisana przez Helenę Bechlerową, przy współpracy z Janiną Krzemińską (pomysłodawczynią oraz autorką ilustracji),  należy do serii wydawniczej Książeczki z Misiowej Półeczki.

 

Sam tekst został przez nas odebrany zdecydowanie na plus. Historia o czterech misiach ułożona jest w sposób przemyślany i opowiedziana z poczuciem humoru. Intonacja, krótkie dialogi, elementy piosenki oraz kołysanki - to wszystko sprawia, że opowiastka jest bardzo zajmująca. Kacperek na dowód tego prosił o częste odczytanie bajki, a kiedy już osłuchał się z tekstem "czytał" samodzielnie i śmiał się z misiowych przygód. Rzecz jasna, że ochoczo utożsamiał się z Czarnuszkiem - figlarnym misiem. To były naprawdę mile spędzone chwile.

 


 Od początku pozycja ta została pomyślana jako bajeczka interaktywna, tzn. taka, która angażuje nie tylko zmysł wzroku i słuchu podczas lektury, ale ponadto umożliwia pewien rodzaj manualnej zabawy z książką.  Zawiera objaśnienie, w którym czytelnik dowiaduje się, co ma zrobić z dołączonymi do niej wkładkami. Jeśli już ktoś posiadał kompletny egzemplarz, mógł wyciąć z kartonu postacie misiów i inne elementy, i nakleić je we wskazane na obrazkach miejsca, w ten sposób, aby utworzyć na ilustracji kieszonki:
...do nich dziecko wsuwa figurki misiów w odpowiednim momencie czytanego przez dorosłego tekstu. Dziecko dobiera przy tym kolor misiów do koloru naklejonych przedmiotów.
Dla malucha to także nauka liczenia i zapamiętywania barw.
Trzeba przyznać, że koncepcja ta, zakładająca ścisłą współpracę rodzica i dziecka podczas lektury, to duży postęp w literaturze dziecięcej. Świadczy o zmianie sposobu patrzenia na dziecko, jako osobę, która nie tylko biernie słucha bajki, ale może samodzielnie ją odtwarzać.




Bardzo żałowałam, że w tym naszym egzemplarzu (z 1966 roku, wyd.I) owych tak potrzebnych wkładek brakowało. Kiedy już więc zadowoliliśmy się dostatecznie treścią przyszedł czas, żeby sobie takie kieszonki po prostu zrobić! W końcu to nasza książeczka, przeznaczona do zabawy. Dlatego z kolorowego papieru wycięliśmy brakujące kształty, kierując się intuicją (poszukiwania kompletnej książeczki nie powiodły się), następnie ostrożnie je przykleiliśmy. Potem wycięliśmy cztery kolorowe misie i oczywiście, małego piątego. Teraz można było wreszcie mieć czynny udział w lekturze, tak, jak pomyślały to autorki.


Zabawa była przednia. K. znając doskonale przebieg wydarzeń wyprzedzał moją narrację i błyskawicznie umieszczał misie na swoich miejscach. A te jakby odżyły. Wyszły nagle z kart książeczki i maszerowały sobie strona po stronie, to śmiejąc się, to psocąc. Zwłaszcza Czarnuszek spodobał się, jako najbardziej popadający w tarapaty - a to niemal wypadł z łódki, a to znikał za sklepowymi drzwiami lub chował się za niebieskim braciszkiem.

Warto także, przy okazji tej lektury, przyjrzeć się starym zabawkom, goszczącym niegdyś na wystawowej szybie sklepu lub w kącie, obok dziecięcego łóżka. Jak wynika z opowiadanka, poza pluszowymi zabawkami, mile widziane były konie na biegunach czy pajacyki. Będą to często spotykani bohaterowie na łamach literatury dziecięcej minionych lat. Do teraz zresztą u niektórych budzą one sentymentalne wspomnienia, ale nie tylko. Stanowią niekiedy inspirację dla współczesnych twórców dizajnu dla dzieci, poszukujących form prostych i unikatowych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz