Naszym dzieciom.


15 wrz 2014

Krasnalkowe eksperymenty

To jest krasnal Gapcio. Nie ma wąsów, brody...
Będzie on miał różne zabawne przygody.


Tymi słowami Wiera Badalska zaprasza do lektury książeczki pt. Przygody Gapcia (nasze wydanie: Nasza Księgarnia 1986, wyd. I). Wesoła opowieść o krasnalku, który stale popadał w tarapaty, wywołała uśmiechy na naszych twarzach. Pomiędzy wersami można oczywiście doszukiwać się tu moralizatorskiej nuty, osnutej wokół nieco "gapiowatego" chłopca, a piętnującej jego wady i niewiedzę co do różnych zjawisk zachodzących w naturze. Krasnal bowiem bądź to zmaga się z wiatrem, z przeciągiem, bądź z topniejącym lodem i śniegiem, z którego chce ugotować kaszę. Innym razem fascynuje go tęcza na niebie 
i chętnie uszyłby sobie z niej palto. To znów szuka ziemniaków na górnych pędach, wśród liści. Mimo to, ma jednak wielu leśnych przyjaciół, którzy zawsze śpieszą mu z pomocą.

Ilustracje książkowe: Zdzisław Witwicki






Naszym zdaniem trzeba mieć jednak odwagę, by uczyć się na własnych błędach, nawet, jeśli te wydają się czasem śmieszne. A trzeba przyznać, że Gapcio był niezwykle ciekawy świata i ten jego głód przygód wpędzał go w najróżniejsze zadziwiające sytuacje. Można nawet stwierdzić z całą pewnością, że krasnalek był po prostu eksperymentatorem, który poszukuje nowych doświadczeń i bada je, by przekonać się jak to jest...
Dlatego czujemy, że jest tak bliski naszym ciekawskim i wszędobylskim maluchom:)

Wobec tego zabawiliśmy się w robienie eksperymentów. To nowe trudne słowo przyjęte zostało ochoczo, jak i rezultaty naszych dociekań.

Najpierw chcieliśmy się przyjrzeć topniejącym kostkom lodu, które jednego dnia zrobiliśmy sobie sami w silikonowej foremce. Dodatkowo zatopiliśmy w wodzie mrożone owoce, kolorową posypkę do tortów, a nawet tic-taca. Inne kostki powstały z zamrożonego soku. Tym sposobem wyszło bardzo kolorowo:



Drugiego dnia przygotowaliśmy szklanki z czystą, chłodną wodą i kolejno wrzucaliśmy do nich nasz lód. Oto co zaobserwowaliśmy:)
- lód jest zimny, woda mokra
- kostki lodu rozpuszczały się powoli w wodzie  - topniały
- kolorowe cukierki zafarbowały lód, a potem wodę w szklance
- podobnie kostki z soku i te z owocami topiąc się barwiły wodę
- nasz lód z owocami topił się najdłużej


Kolejnym eksperymentem była również zabawa z tęczowymi kolorami.
Wycięliśmy z bloku technicznego okrąg, którego wewnętrzne pola K. pomalował odpowiednio kredkami według instrukcji. W środek zatknęliśmy ołówek i dalejże kręcić nasze kółeczko.



Okazało się, że kolory wprawione w ruch nie są już tak wyraźnie widoczne jak przedtem, a nawet zlewają się w jeden. Przypominała nam się zabawa wirującym bąkiem - tu także kolory znikały, kiedy zabawka kręciła się bardzo bardzo szybko po podłodze.

Pechowy Gapcio skłonił nas do jeszcze jednego doświadczenia z udziałem balonika.
Chcieliśmy sprawdzić, co się stanie kiedy na przykład potrzemy mocno powierzchnię balonu o ubranko.
Przygotowaliśmy sobie serwetkę, którą następnie porwaliśmy na małe kawałki oraz odrobinę cukru.



To było dopiero ciekawe zjawisko - balon potrafił przyciągnąć cukier i kawałki serwetki, jak magnes:)
Podobnie, choć nieco gorzej, zachowywały się plastikowe jajeczka, mocno potarte o spodnie.

Sprawdzaliśmy też jak unoszą się piórka, kiedy na nie dmuchamy. Parę z nich umieściliśmy pod otwartym oknem tarasowym, a następnie otwierając drzwi zrobiliśmy przeciąg. Kacperek był zdziwiony, że piórka nie wyleciały  na zewnątrz domu, ale podmuch wiatru wessał je do pokoju.

Eksperymenty ze znikającymi kolorami i magicznymi balonami zaczerpnęliśmy z tej oto książeczki Angeli Wilkes, wydanej przez Polską Oficynę Wydawniczą "BGW" z roku 1991.


6 wrz 2014

Cztery misie i ten piąty

Niniejsza książeczka towarzyszy nam już od trzech lat i co jakiś czas chętnie do niej wracamy. Napisana przez Helenę Bechlerową, przy współpracy z Janiną Krzemińską (pomysłodawczynią oraz autorką ilustracji),  należy do serii wydawniczej Książeczki z Misiowej Półeczki.

 

Sam tekst został przez nas odebrany zdecydowanie na plus. Historia o czterech misiach ułożona jest w sposób przemyślany i opowiedziana z poczuciem humoru. Intonacja, krótkie dialogi, elementy piosenki oraz kołysanki - to wszystko sprawia, że opowiastka jest bardzo zajmująca. Kacperek na dowód tego prosił o częste odczytanie bajki, a kiedy już osłuchał się z tekstem "czytał" samodzielnie i śmiał się z misiowych przygód. Rzecz jasna, że ochoczo utożsamiał się z Czarnuszkiem - figlarnym misiem. To były naprawdę mile spędzone chwile.

 


 Od początku pozycja ta została pomyślana jako bajeczka interaktywna, tzn. taka, która angażuje nie tylko zmysł wzroku i słuchu podczas lektury, ale ponadto umożliwia pewien rodzaj manualnej zabawy z książką.  Zawiera objaśnienie, w którym czytelnik dowiaduje się, co ma zrobić z dołączonymi do niej wkładkami. Jeśli już ktoś posiadał kompletny egzemplarz, mógł wyciąć z kartonu postacie misiów i inne elementy, i nakleić je we wskazane na obrazkach miejsca, w ten sposób, aby utworzyć na ilustracji kieszonki:
...do nich dziecko wsuwa figurki misiów w odpowiednim momencie czytanego przez dorosłego tekstu. Dziecko dobiera przy tym kolor misiów do koloru naklejonych przedmiotów.
Dla malucha to także nauka liczenia i zapamiętywania barw.
Trzeba przyznać, że koncepcja ta, zakładająca ścisłą współpracę rodzica i dziecka podczas lektury, to duży postęp w literaturze dziecięcej. Świadczy o zmianie sposobu patrzenia na dziecko, jako osobę, która nie tylko biernie słucha bajki, ale może samodzielnie ją odtwarzać.




Bardzo żałowałam, że w tym naszym egzemplarzu (z 1966 roku, wyd.I) owych tak potrzebnych wkładek brakowało. Kiedy już więc zadowoliliśmy się dostatecznie treścią przyszedł czas, żeby sobie takie kieszonki po prostu zrobić! W końcu to nasza książeczka, przeznaczona do zabawy. Dlatego z kolorowego papieru wycięliśmy brakujące kształty, kierując się intuicją (poszukiwania kompletnej książeczki nie powiodły się), następnie ostrożnie je przykleiliśmy. Potem wycięliśmy cztery kolorowe misie i oczywiście, małego piątego. Teraz można było wreszcie mieć czynny udział w lekturze, tak, jak pomyślały to autorki.


Zabawa była przednia. K. znając doskonale przebieg wydarzeń wyprzedzał moją narrację i błyskawicznie umieszczał misie na swoich miejscach. A te jakby odżyły. Wyszły nagle z kart książeczki i maszerowały sobie strona po stronie, to śmiejąc się, to psocąc. Zwłaszcza Czarnuszek spodobał się, jako najbardziej popadający w tarapaty - a to niemal wypadł z łódki, a to znikał za sklepowymi drzwiami lub chował się za niebieskim braciszkiem.

Warto także, przy okazji tej lektury, przyjrzeć się starym zabawkom, goszczącym niegdyś na wystawowej szybie sklepu lub w kącie, obok dziecięcego łóżka. Jak wynika z opowiadanka, poza pluszowymi zabawkami, mile widziane były konie na biegunach czy pajacyki. Będą to często spotykani bohaterowie na łamach literatury dziecięcej minionych lat. Do teraz zresztą u niektórych budzą one sentymentalne wspomnienia, ale nie tylko. Stanowią niekiedy inspirację dla współczesnych twórców dizajnu dla dzieci, poszukujących form prostych i unikatowych.

5 wrz 2014

Z kim na wyprawę? czyli "Przygoda z małpką"

Zapewne każde dziecko w pewnym wieku posiada swoją ulubioną zabawkę-przytulankę, z którą układa się do snu bądź po prostu zabiera wszędzie ze sobą. U nas takim nieodłącznym towarzyszem wypraw stał się, ku miłemu zaskoczeniu mamy, uszyty przez nią kot, Filemonem przez K. nazwany. Mały bierze go zawsze w odwiedziny do babci, fundował mu już przejażdżkę pociągiem, a tego lata zatargał go w plecaku aż na cypel helski:) Lidka z kolei uwielbia swoją tildową lalę uszytą przez ciocię Jolę.
Dlatego nie miałam wątpliwości kogo zabierzemy na leśną wycieczkę podczas ostatniego ciepłego popołudnia. Jesień u progu. Wystarczyło tylko szybko zapakować do torby najpotrzebniejsze rzeczy, by już za chwilę móc cieszyć się świeżym leśnym powietrzem.


Podczas gdy tatuś z synkiem ruszyli na poszukiwania grzybów skrytych w leśnym gąszczu, my z Liduśką z upodobaniem zbierałyśmy ogromne żołędzie, szyszki, kolorowe liście i sosnowe igiełki - już wkrótce będą nam bardzo, bardzo potrzebne:) Potem oczywiście była nieodzowna przerwa na posiłek w postaci herbatników i białej czekolady.

 

A wieczorem? Wieczorem do poduszki uczta bajkowa. Prawdziwa perełka wpadła mi ostatnio w ręce z 1964 roku, II wydanie, mocno rozklekotane, ale kompletne i do tego z niezwykłymi rysunkami pełnymi ciepła i wyrazu. Mowa o Przygodzie z małpką napisanej przez Stefanię Szuchową a zilustrowanej przez Janinę Krzemińską.



Historia czteroletniego Dudusia zawiera mnóstwo dziecięcych emocji, od ekscytacji samodzielną wyprawą do lasu, po beztroską zabawę, aż po przestrach, smutek i rozpacz z powodu zagubienia w tłumie ludzi.
Człowiek dorosły powiedziałby o tej książce, że jest w rzeczy samej przesycona dydaktyzmem. Pouczające jest zakończenie chłopięcej przygody, ponieważ przestrzega przed nieznajomością swego pochodzenia, nazwiska czy miejsca zamieszkania. Z punku widzenia dziecka, bajeczka ta jest swojego rodzaju inicjacją w świat dorosłych, świat pełen zabieganych, hałaśliwych i śpieszących ludzi i maszyn. Uniwersalna prawda jaka z niej wypływa pokazuje jednak, że dziecko w tym świecie nie jest osamotnione. Bowiem jest wyposażone w naturalną wrażliwość poznawczą, która to właśnie pozwala mu tak dobrze czuć się na łonie natury, cieszyć leśnymi skarbami, rozumieć mowę pociągowych kół czy wyostrzać zmysły na dźwięki i kolory dobiegające z otoczenia. 
Moim zdaniem książeczka jak najbardziej aktualna - wymagająca odczytania w nowym świetle.
Bo czy dzisiaj wyprawa dzieci pozbawionych opieki rodzica spotkałaby się z uznaniem społeczeństwa? Zapewne nie do końca. No chyba że uzbroilibyśmy te dzieciaczki w telefony komórkowe i nawigację satelitarną, kontrolując tym samym każdy ich krok w stronę samodzielności. Tak jakbyśmy my dorośli stracili zaufanie, że dziecko może sobie poradzić, jeśli nie w wielkomiejskiej dżungli, to przynajmniej z własnymi trudnymi emocjami.
Czasem najlepszą pomocą okazuje się w tym czasie mały, pluszowy przyjaciel albo życzliwe słowo. Dudusiowi przydała się małpka, którą tak troskliwie potrafił się zajmować. Była dla niego czymś tak charakterystycznym i przynależnym, że możliwa stała się identyfikacja zagubionego chłopca. A on sam, dzięki niej również zrobił duży krok naprzód w rozwoju: zrozumiał,  że musi poznać siebie samego, aby te informacje umiejętnie przekazywać dalej. Kiedyś po prostu przestanie już potrzebować swej pluszowej małpki... :)
Promienne uśmiechy książkowych bohaterów, mistrzowsko namalowanych przez Krzemińską, mówią same za siebie.

 


  




EDIT:
I dopiero teraz, kiedy z pasją poszukuję informacji o tej pozycji, widzę, że miała ona w tym roku swoje wznowienie (Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2014).
To o czymś świadczy, nieprawdaż?

4 wrz 2014

Chmurki - na dzień dobry!

Niby obłoki                                               



Popatrz w górę,
wysoko,
przypatrz się dobrze  
obłokom.

Te są podobne 
do koni.
Kto na nich cwałuje,
goni?

Inne - podobne są
domom.
Kto mieszka w nich - 
nie wiadomo.                                         


A jeszcze inne
jak pianka,
jak bita, śnieżna
śmietanka.

Nie wiemy, kto pije
rano
ciepłe kakao
z tą pianą...

Nagle powiało.
Wiatr! Wiatr!
Domy rozwiało.
Piankę rozwiało.
Konie pognał
w świat. 

  Tadeusz Kubiak (ze zbiorku Wiersze na dzień dobry, Nasza Księgarnia 1971)

                                                                    ilustracje Zdzisław Witwicki

Kacperek nauczył się bezbłędnie rozpoznawać po stanie nieba, kiedy będzie deszcz lub burza.
Zadzierając wysoko głowę często obserwuje chmury, ich kolor i kształt. Nieraz, leżąc na kocu i patrząc w niebo porównuje je do znanych sobie obrazów, doszukuje się podobieństw - jak w tym wierszu Kubiaka.
Obłoki były od zawsze bliskie marzycielom. Czasem od marzeń do ich realizacji bywa długa droga, ale nie niemożliwa. Moim dziecięcym marzeniem było na przykład móc przytulić się do kłębiastej chmurki.
Stąd powstały przytulne chmurko-poduszki, pod dziecięce główki.


Na dzień dobry lub dobranoc;)