Naszym dzieciom.


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szelburg-Zarembina Ewa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szelburg-Zarembina Ewa. Pokaż wszystkie posty

8 lut 2016

Idzie niebo ciemną nocą


                                 Nasza Księgarnia 1982, wyd.VI
















Powyżej subtelne, lekkie a miejscami wyraziste prace Janusza Grabiańskiego, ilustrujące książkę niewątpliwie trącającą czułą strunkę w naszym wnętrzu: Idzie niebo ciemną nocą...  Atmosfera nocy i usypiania, liryczne mruczanki Ewy Szelburg-Zarembiny, koty Grabiańskiego oraz cały przyjazny zwierzyniec z przydomowego ogrodu.
Wymienione wyżej wyliczenia to tylko główne atuty wydanego równo pięćdziesiąt lat temu zbioru wierszyków i kołysanek dla dzieci.
Dzięki poetyckiemu widzeniu świata codziennego przez podmiot liryczny możemy i my wspólnie ponucić, a nawet sami tworzyć melodie i animacje do znanych wersów.
Wystarczy na przykład kawałek sztucznego futerka, (które choć już dawno się opatrzyło, wciąż wynajdywane jest z jakichś czeluści i wykorzystywane do zabawy), aby zmaterializowała się domowa etiuda.

                                                               księżyce w "lisich czapach":

W ludowej tradycji zaobserwowana na niebie aureola wokół księżyca zapowiadała deszczowe dni, co wierszowany utwór Lisia czapa Szelburg-Zarembiny może potwierdzać. Urzekające zjawisko atmosferyczne w postaci rudej poświaty to doskonałe tworzywo poetyki nocy, wraz z nieśmiertelnymi już gwiazdkami w fartuszku, srebrną rosą, sinym miesiączkiem.
Noc, pomimo swego pociągającego piękna, może też być jednak "zła", a przynajmniej tajemnicza (Ciemnego pokoju nie trzeba się bać). Poetka oswaja porę snu obietnicą spokoju, bezpieczeństwa i baśniowych przygód. Śpiącego dziecka strzegą psy, koty i myszy - w wymiarze onirycznym te istoty są strażnikami niczym niezmąconego odpoczynku, w tle szeptanej i powtarzalnej melodii.
                                            
Szarobury (i "jużiowy") kot to błyskawiczna kreacja z czarnej taśmy (paski na szarych rajtkach), puszystego ogona, kamizelki i uszu z pianki:
Wcielanie się dzieci w role to świetny sposób na poznawanie własnego ciała. Plusem są miłe doświadczenia sensoryczne. Pamiętam z dzieciństwa, jak sama lubiłam otwierać maminą szafę i głaskać jej czarny jak noc, futrzany szal, który nazywałam imieniem naszej kotki Kiry :)

                                           A, a, a... aaa...   czy     Aaaa!  ?

Niektóre z wierszy wchodzących w skład zbioru poznaliśmy z późniejszego cyklu wierszy o porach roku (Na zielonej trawie, Na listeczku kalinowym, Dziadzio Mrok, Srebrne gwiazdki). 
Ciekawe wydają się również króciutkie teksty zawarte w rozdziale pod tytułem Wierszyki Reni. Już we wstępie do książki autorka utożsamia się z podmiotem mówiącym  w wierszykach (prawdziwie Irenę Szelburg nazywano zdrobniale Renią).
Te jedne z pierwszych dziecięcych utworów mogły stanowić podwalinę dla pisarki pod przyszłe teksty, zdradzają to podobne kierunki zainteresowań i podejmowane tematy. Pierwotne fascynacje czy reminiscencje z własnego dzieciństwa stanowią jakby nić, na którą poetka nawlekała swoje liryki.
Ewa Szelburg-Zarembina dzięki takiej konwencji artystycznej znacząco zbliżyła się do dziecięcego czytelnika i zapewniła sobie dobry, wielopokoleniowy kontakt z odbiorcami.






Sięgając do powyższego wstępu oraz uzupełniając swoje luki w znajomości biografii pisarki, pomyślałam, że możemy z dziećmi właściwie jakoś uczcić tę niezwykłą osobę.
Forma wycinanki wydawała się najfajniejszą do przeprowadzenia zabawy.
Powstały więc papierowe lalki, ludziki - motyw, o którym autorka wypowiadała się bardzo ciepło, a który zdecydowanie może stanowić sam w sobie metaforę jej twórczej i ciągłej pracy ukierunkowanej na dziecko. 
Zbratana z czytelnikiem Renia, pokazująca i te beztroskie, i te smutne odcienie dzieciństwa; dziewczynka malująca "gromady lalek"; inicjatorka Pomnika  - Centrum Zdrowia Dziecka; autorka najpiękniejszych polskich kołysanek - to dla niej, te kolorowe, pląsające i ożywione przez dzieci papierowe postaci:)






Lidia fantastycznie wczuła się w aktorkę animującą papierowe dziewczynki za pomocą pociągnięć nici, a użyczając im swojego głosiku uświadomiła mi zasadność najprostszych w formie zabaw.

3 sty 2015

Srebrne gwiazdki

Czekaliśmy na nie z utęsknieniem. Aż pewnego poranka, po przebudzeniu się, dzieci podbiegły do dużego okna i w zachwycie ujrzały cienką warstewkę śniegu na dworze. Wprawdzie utrzymał się u nas zaledwie kilka dni, ale zdążyliśmy przynajmniej przyjrzeć się wirującym płateczkom. W ostatni dzień roku synek z nieukrywanym żalem spoglądał jak wszystko topi się w mgnieniu oka. "Chcę śnieg, dużo śniegu, żeby ulepić bałwana!" - powtarzał. Na nic zdało się okazywanie mu zrozumienia słowami, czułam, że za moment rozpłacze się na dobre, a ja także wybuchnę.
- "To może napisz list!" - powiedziałam - "Do Dziadka Mroza, z prośbą o śnieg!" - zaryzykowałam pomysł.  Bo o ile łatwo wcielić się w rolę Świętego Mikołaja, jako adresata dziecięcych okołoświątecznych marzeń, o tyle trudniej, pomimo najszczerszych chęci, ofiarować im tę upragnioną gwiazdkę z nieba. Okazuje się jednak po raz któryś, że dzieci nie lubią dostawać nic gotowego. A każda sytuacja, w której mogą wykazać się własną inwencją pozwala im poradzić sobie z tym, co jeszcze przed chwilą było problemem.
Kacperek nie dał się długo przekonywać, co do tego czy Dziadek Mróz rzeczywiście może sprawić, że śnieg będzie padał, i szybko chwycił za kartkę i kredki. Zaangażował tatę w produkowanie rysunku z bałwankiem, sankami i śniegiem w roli głównej. Prosił, żeby mu napisać wzór listu, a potem w zabawny sposób przerysowywał graficzne znaczki. Pogawędziliśmy sobie o Nowym Roku i ciepłych butach, a po chwili chłopcy zanieśli list do skrzynki. Może choć ferie zimowe będą dla nas łaskawsze.
Nic zresztą dziwnego, że dzieciaczki z zapałem rzuciłby się w biały puch. Wspominając zimę z własnego dzieciństwa można by ją z czystym sumieniem idealizować w nieskończoność. Przede wszystkim kojarzyła się z niesamowitą energią i wolnością zabaw na świeżym powietrzu, bez obaw rychłego przeziębienia czy przemarznięcia. Za przemoczenie, owszem, wysłuchało się czasem reprymendy, ale jak przyjemnie było potem wysuszyć się przy piecu czy rozgrzać gorącym kakaem. Dlatego też prawdziwym sentymentem darzę wszelkie zimowe ilustracje ze starych książeczek dla dzieci. Kilka z nich w wykonaniu Zbigniewa Rychlickiego towarzyszyło nam w ostatnich tygodniach adwentowych przygotowań.

                                                        Wydawnictwo Lubelskie 1985, wyd.II

 Na tle wszechobecnej bieli królują tu roześmiane dziecięce buzie i pełne dynamiki, beztroskie zabawy. Subtelnie dobrane kolory spowijają, jakże by inaczej, śniegowe gwiazdki. Również zimowe pejzaże otulone są grubą śniegową pierzynką - te emanują spokojem i skupieniem. Rysunki zdają się odzwierciedlać naturalnie występujące w przyrodzie barwne refleksy.


Wierszyki Ewy Szelburg-Zarembiny podczytywaliśmy gdzieś pomiędzy świątecznym pieczeniem pierniczków, wykonywaniem zadań z kalendarza adwentowego i dekorowaniem domu a Oczekiwaniem.
Jedną z wartości minionego czasu jest to, że mogliśmy spędzić go razem, by tworzyć wspólnymi siłami  atmosferę świętowania.


Z kolei to, co możemy zaczerpnąć z poprzedniej epoki w tematyce bożonarodzeniowych dekoracji to niewątpliwie samo bogactwo kształtów i niebanalnych form zdobniczych. Jakby wbrew współczesnej hipermarketowej sztuczności znów sięgamy po sprawdzone, ręcznie robione ozdoby. Odkrywamy ile znaczy dla dziecka samodzielnie wycięte kółko i naklejone na większe, niczym pawie oczko lub łańcuch z pociętych paseczków papieru. Wspomnieniami sięgamy do chwil, kiedy sami przygotowywaliśmy koślawe zawieszki i jaką czuliśmy wówczas dumę, kiedy znalazły się one na świątecznej choince. Ostatnio w rozmowie z przyjaciółką poruszyłyśmy właśnie ten temat. Wymieniając się doświadczeniami, obie uznałyśmy, że pozwalając dziecku na przejaw własnej kreatywności podkreślamy, że jest ono dla nas ważne, nawet jeśli mamy odmienną wizję czy sposób działania.
U nas w domku lubujemy się w prl-owskich bombkach, takich prawdziwych, które mienią się wytartymi kolorami, precyzyjnie domalowanymi łezkami i kropkami a przy tym wdzięcznie się tłuką w rączkach dzieci.
Nasze ozdoby choinkowe to zbieranina różnych przedmiotów, darzonych szczególnym upodobaniem i przypisywanym im znaczeniom.
Znajdują się więc tam co roku samodzielnie wykrawane przez dzieci i lukrowane piernikowe ciasteczka, szydełkowe śnieżynki babci Zosi, muchomorki od babci Tereski czy inne ręcznie robione drobiazgi. Totalny miszmasz zupełnie nam nie przeszkadza. Jestem nawet przekonana, że co roku będzie nam przybywało ozdób w różnych konwencjach plastycznych i technicznych:)




W kuchni nad stołem zawiesiliśmy: mobile z piernikowych gwiazdek, aniołków oraz papierowych piórek - powstałych ostatnim razem. Szkraby lubią nań dmuchać i przypatrywać się jak lekko fruwają.


a recyklingowe mobile w salonie: z oczkowego łańcucha i gwiazdek z pociętych na paseczki zdezaktualizowanych stronic.


 Gwiazdka z kwadratów również należy do kanonu ozdób z dzieciństwa:

  

Nadejście Nowego Roku utrwalone przez Rychlickiego przypomniało mi także o karnawałowych przebierankach z dzieciństwa. Wszak to była epoka, w której na szczęście trudno było o gotowce. Strój na bal maskowy trzeba było przygotować samemu z tego, co znalazło się w domu. Za najbardziej pomysłową kreację czekała na zwycięzcę nagroda. Inni byli też dziecięcy idole. Najczęściej byli to clowni i inni pajace, księżniczki, czarodziejki, Zorro. W tym roku czeka nas pierwszy przedszkolny bal. Jesteśmy go bardzo ciekawi. Mamy jeszcze trochę czasu na obmyślenie kostiumu. Synka fascynują kowboje, piraci i Indianie - zobaczymy co z tego wyniknie:)
Spędzając poświąteczne dni bez pośpiechu, zabawiliśmy się w prawdziwe przebieranki z piknikiem pod choinką. Skoro za oknem wietrznie i zielono to pozostało tylko powyciągać z szafy kolorystyczne zestawienia i stworzyć nieco kowbojski nastrój. Dzieciakom bardzo się podobało!



3 gru 2014

Dziadzio Mrok

Minione długie wieczory stanowiły dla nas inspirację do twórczych zabaw, którym patronował Dziadzio Mrok Ewy Szelburg-Zarembiny. To trzecia książeczka wchodząca w skład lirycznego cyklu pejzaży o porach roku tejże autorki. Wcześniej poznaliśmy Na zielonej trawie traktującą o wiośnie. Jesienne barwy, te żywe i te widziane przez pryzmat kropel deszczu i mroku zilustrował tak samo Zbigniew Rychlicki. Dzieciom spodobały się obrazki przedstawiające jesienne zabawy z liśćmi, a mroczna pora dnia została okiełznana dzięki onomatopeicznym zawołaniom i powtórzeniom:

Pada, pada deszcz
Chlupu, chlupu, chlup!
Idzie dziadzio Mrok
tupu,tupu,tup!
(.....)

                                                       Wydawnictwo Lubelskie 1984, wyd. I.






Dziadunio Mrok przyniósł więc nam owocny plon. Najpierw starym sposobem - badanie faktury zasuszonych liści. Listek podłożony pod kartkę i odbity za pomocą świecowej kredki jawił się nowym, nieznanym kształtem. Efekt zasługuje na to, by go później wykorzystać, na przykład w formie papeterii.
Zwłaszcza, że: Listopad złocisty/ pisze, pisze listy/ purpurowe, złote,/jakie ma ochotę...
I tym razem zadziwił mnie sposób w jaki K. dobierał intuicyjnie kolory: róż, czerń, zieleń i inne. Pastelowy zmierzch przemycił również Rychlicki w swoich interpretacjach.


Liści mieliśmy tej jesieni pod dostatkiem. Synek często obdarowywał mnie żółtym, brązowawym lub zzieleniałym listkiem, wracając z przedszkolnego spaceru. Ucieszona mama szybko nazbierała spory bukiet zasuszonych piękności na kuchennym parapecie. Któregoś razu K. wpadł na pomysł, że można takie listki pokruszyć i wykorzystać do ozdabiania czegoś. A że prace z plasteliną i ciastoliną wszelaką są u nas na topie, to szybko zagnietliśmy kulę z masy solnej. I dalejże nasze wylepianki dekorować. Wykorzystaliśmy dary natury, które mieliśmy pod ręką - suszone pestki, nasionka słonecznika, fasolki, pigwowca, lawendę, przyprawy i oczywiście pokruszone liście. W każdym placku zrobiliśmy słomką dziurkę na ewentualną zawieszkę.


 Z pozostałej części masy Kacper powycinał wykrawaczką autka, a po ich wysuszeniu zabrał się za malowanie farbami, co było dobrym pretekstem do mieszania farb i eksperymentowania z odcieniami. Mama w międzyczasie - także jeszcze w temacie jesiennym - zaklinała spóźnioną dynię na pomarańczowe słodkie słoiczki.


Wreszcie przyszedł czas, by pożegnać Panią Jesień. W zupełnie spontanicznym odruchu zrobiliśmy jej na tę okazję kapelusz. 


Przymierzała go ochoczo i w pośpiechu gubiła wszystkie liście. Nawet nie w głowie jej było sprzątanie po sobie - pewnie obawiała się nadejścia Dziadka Mroza;)


W każdym razie, czekamy teraz na Srebrne gwiazdki z nieba:)