Naszym dzieciom.


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rękodzieło dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rękodzieło dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

1 maj 2016

Prawie wszystkie przygody Zuzanny

Pieskie życie - zwykło się mówić, kiedy wiedzie się komuś nie najlepiej. Wystarczy zerknąć do słownika frazeologizmów, żeby przekonać się jaki obraz psa kryje się w polskich zwrotach językowych. Poza psią wiernością chyba niewiele zalet moglibyśmy na ich podstawie przypisać tym sympatycznym przecież zwierzakom. Psy nie cieszyły się kiedyś tak wielką popularnością jak dzisiaj.
Zwierzęciem można było pogardzać, przepędzić je, użyć jego nazwy jako obraźliwego epitetu, a nawet bywało jeszcze gorzej, zanim doceniono inteligencję i spryt najlepszego towarzysza człowieka.
Wieszanie na kimś psów, zaklinanie się na psi urok czy nawet współczesne tabliczki "uwaga: zły pies" ustąpiły już, w sferze kultury języka, miejsca pojęciom zaczerpniętym z zooterapii. Pies to nie tylko niezastąpiony przyjaciel, ale również pomocny przewodnik, terapeuta i nauczyciel. 

Przygody bohaterskich psów chętnie podejmowała klasyka literatury światowej (np. Lassie, wróć Erica Knighta, polskie wyd. 1958 r.). A historia o Lampo Pisarskiego (1967r.) wzruszała (i chyba nadal ujmuje?) gdzieś na półmetku podstawówki. W psich opowiadaniach celował  Grabowski. Później było jeszcze po drodze Ucho, dynia, 125! Marii Krüger (1964r.), o chłopcu przemienionym w jamnika, co było karą za znęcanie się nad psem (problem dziś nadal bardzo aktualny).

Stopniowo psia perspektywa w książce dla dzieci zostaje wzbogacona o wiedzę z zakresu psychologi zwierząt, aż do zabiegu antropomorfizacji włącznie. Mały czytelnik spotykał się na kartach lektury z psim bohaterem, który był istotą czującą i myślącą, podobną do ludzi, albo wręcz marzącą o tym, żeby stać się jednym z nich (Ferdynand Wspaniały Ludwik Jerzy Kern - I wyd. 1963).

Zachęcaliśmy w tym wpisie do przeczytania opowiastki, której narratorem jest jamnik - Groszek (Groszek i Natalia Wanda Majerówna, 1975). Dzisiaj natomiast proponujemy psi punkt widzenia w wydaniu szczenięcym:)
Nasza Księgarnia 1975, wyd. I, Seria "Moje Książeczki"


Pięciomiesięczna dożyca Zuzanna to pełna werwy, ciekawości i chęci do zabawy przyjaciółka Małej Dziewczynki. Z radością penetruje łąkę, las i domowe otoczenie, poznając przy tym nowe zwierzęta z sąsiedztwa. Zuzanna często wściubia nos tam, gdzie nie powinna. Skutkiem tego jest nie raz, nie dwa, bolesne ukłucie, podrapanie czy niezły bałagan. Nawet, kiedy dookoła wieje nudą psiak chłonie świat wszystkimi zmysłami.
Opowiadanie Ady Kopcińskiej jest pełne dynamiki i wyrazu. Każdy bodziec słuchowy, węchowy czy wizualny dla Zuzanny to nowe wyzwanie, aby zmierzyć się z nęcącą ją przygodą. Kąpiel w rzece, zabawa z echem, deszczową wodą, piórami czy motylami, baraszkowanie pośród traw, uciekanie przed burzą - wszystko może być niezwykle absorbujące. 
Ilustracje, z charakterystycznymi zawijaskami: Mirosław Pokora.









Początkowo myślałam, że Prawie wszystkie przygody Zuzanny nie wciągną moich małych słuchaczy tak bardzo, ponieważ nie wychowują się oni u boku pieska i mają niewiele doświadczeń w obserwowaniu psich zachowań i przyzwyczajeń. Jednak stało się inaczej niż zakładałam, treść w jakiejś mierze zaspokoiła dziecięcą ciekawość. Pozwoliła spotkać się z literacką kreacją bohatera, który podobnie jak ruchliwe i żądne wiedzy o otoczeniu dziecko, chce znać odpowiedzi na liczne pytania.
Czy łąka to zielona woda? Czy chmurę można polizać? Jak smakuje nektar z kwiatów rumianku?
Te i inne dociekania stają się naszym udziałem po przeczytaniu książeczki.
Prawie wszystkie przygody Zuzanny mogą stanowić inspirację do zabaw na świeżym powietrzu, gdzie turlanie po trawce, skradanie się, spacery do lasu, wąchanie kwiatów czy puszczanie listków na wodzie są obowiązkowe.
Nie zdziwiłam się wcale, kiedy syn z radością zareagował na spotkanie Zuzanny z małym Indianinem, czego owocem była później jego interpretacja rysunkowa.
Motywy indiańskie są u nas niezmiennie na topie, stale dorabiamy jakieś potrzebne atrybuty lub wprowadzamy nowe elementy w zabawie.
Tym razem mając do dyspozycji arkusze szarego papieru, rysowaliśmy po nich kredą. Powstał zabawny indiański feceboard  - Kacper zaprojektował postać Indianina z rozwichrzonym pióropuszem i etnicznymi wzorkami na ubraniu, a potem mieliśmy małą foto sesję.





Dziewczynki kredą znaczyły szlaki na papierze, rysowały odgłosy deszczu za pomocą kropek i kresek, naśladowały ruch powietrza i wody. Za oknem było mokro, a my marzyliśmy o buszowaniu wśród wysokich traw:)





***
Świat widziany oczami psa możemy odnaleźć współcześnie w książeczce dla dzieci autorstwa Katarzyny Terechowicz i Wojciecha Cesarza (il. Joanna Rusinek), pt. Pamiętnik grzecznego psa (Literatura 2011). Recenzja tutaj.

29 mar 2015

Wiosenne obrazki

Nakładem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej ukazały się w 1959 roku Wiosenne obrazki Stanisława Młodożeńca. Zdaje się, że jedyny utwór dla dzieci tego autora. Do nas trafiły z punktu makulatury.

                                                                    Warszawa 1959, wyd. I.

Wierszyki to coś w rodzaju scenek rodzajowych, ale nie zupełnie w sielskim wydaniu. Wyłania się z nich obraz wiejskiego przedwiośnia pełnego roztopów i błotnistych dróg. Takiego brzydkiego, ponurego przedwiośnia, które oswoić mogą tylko dzieci, niezależnie od tego w jakiej epoce przyjdzie im dorastać.
Wystarczy  popatrzeć na ową "ciżbę pstrą" a już robi się raźniej.
Cudne retro ilustracje  Hanny Balickiej i Jana Fribesa:


A jeszcze jak ta czereda ma w głowie mnóstwo pomysłów na zabawę, to już nic nie potrzeba. Książeczka to także zapis dawnych zwyczajów związanych z tą specyficzną porą roku, jak topienie Marzanny czy orka i siew.. To małe świadectwo dzieciństwa, w którym zabawy odbywały się grupowo, a nie w samotności jak to niestety dziś ma miejsce. Wspólne bieganie, pokonywanie trudnych przejść, penetrowanie niedostępnych miejsc, tworzenie podwórkowej kapeli, nadawanie sobie pełnych braterstwa przezwisk, niesforne figle, majsterkowanie przy robieniu zabawek - to tylko echo dawnych sposobów spędzania wolnego czasu.








Z treści naszpikowanej archaizmami korzystaliśmy z dziećmi tylko wybiórczo, książeczka bardziej posłużyła nam właśnie do przeganiania "złej zimy". Nie wiem czy warstwa leksykalna jest tu przeszkodą w odbiorze, chyba nie. Po prostu dla naszych milusińskich nie ten poziom wtajemniczenia. Zrozumienie osiągnęliśmy, myślę, że dzięki pogawędkom o błotku i nawiązaniu do starodawnego obrzędu przechodzenia zimy w wiosnę. Chociaż śniegu w tym roku było jak na lekarstwo, to dał nam się jednak we znaki sezon chorobowy. I jako takiego mamy go już serdecznie dość! Więc żegnamy go bez żalu z naszą panną Marzanną:)




Czy ktoś robił w czasach szkolnym takie kukły ze słomy? Bo my owszem i paliło się toto, i ogniska rozpalało z kiełbaskami i przebierało się na dzień wagarowicza... a wszystko w formie zabawowej.
Młodożeniec utrwala zwyczaj wleczenia Zimowego Bałwana (Stracha, Lali, Złej Marzanny) za sobą na postronkach nad rzekę oraz topienie jej wśród śpiewu i wyzwisk. Kukła symbolizująca srogą zimę, nieszczęścia i choroby miała odejść w niepamięć i ustąpić miejsca okresowi, w którym budzi się nowe życie.


Kukiełkę zrobiliśmy z resztek tkanin. Kacper narysował kształt korpusu na papierze, i z moją pomocą przeniósł wzór na materiał. Po zszyciu przeze mnie wypełnił środek ścinkami. Dorobiliśmy włosy z włóczki, na głowie zawiązaliśmy chustkę. Marzanna dostała kwiecistą, czerwoną sukienkę oraz złowieszczy wyraz twarzy.


Obmyśliliśmy następnie wiele sposobów na jej unicestwienie. Naturalnie żadnego drastycznego kroku nie przedsięwzięliśmy z powodu przeziębienia i przesiadywania w domu, ale za to zrekompensowaliśmy sobie nieobecność synka w przedszkolu. Wreszcie wystawiliśmy pannę Marzanę za drzwi tarasowe, gdzie ginie w strugach deszczu...

14 paź 2014

Siedem słoni

Kiedy trafiliśmy na wiersz Heleny Bechlerowej Siedem słoni, całkowicie potwierdziła się teza K., że słonie mogą być kolorowe. Czytaliśmy więc z uśmiechem:

Siedem słoni - małe, duże,
słonie w gwiazdy, słonie w róże.
Wszystkie słonie z pięknych bajek,
wszystkie z zaklętego kraju.
Każdy w innym jest kolorze,
każdy szczęście przynieść może.

Tego z gwiazdą nad oczami
podaruję naszej pani.
Ten ma złote uszy oba,
będzie mamie się podobał.
Babci dam żółtego w groszki,
biały słoń dla pani z kiosku.

W kwiatki małe dwa słoniki - 
dla Teresy i Moniki.
A najmniejszy, ten wesoły,
co ma uszy jak kłapouch,
gruby taki i pękaty - 
dla złośnicy Honoraty.
Niech go z sobą nosi wszędzie,
to nareszcie śmiać się będzie!

Wierszyk pochodzi ze zbioru pt. Poziomkowy kraj, wydanego przez Naszą Księgarnię (wyd. I,1970).

Zasługuje na osobny wpis ze względu na bajeczną treść zilustrowaną przez Józefa Wilkonia.


Minęło od tej lektury chwil mało-wiele, aż mama się zorganizowała i swemu najukochańszemu przedszkolakowi uszyła rzecz tak niezbędną, jak worek na kapcie. Tkaninę wybierał K. samodzielnie :) Tym samym mówimy: NIE dla przesądów, TAK dla szczęśliwego uśmiechu! Pomogą nam w tym wesołe słoniątka z uszami, albo jak kto woli z trąbą, do góry!


Dla wszystkich, szczególnie związanych z dzisiejszym Świętem Edukacji Narodowej, tych małych i tych dużych "dzieci" życzymy dużo pogody ducha, cierpliwości i wytrwałości w poznawaniu się nawzajem i wspólnemu odkrywaniu pasji i świata wiedzy. Pozdrowienia z Chatki na sowich nóżkach.

5 wrz 2014

Z kim na wyprawę? czyli "Przygoda z małpką"

Zapewne każde dziecko w pewnym wieku posiada swoją ulubioną zabawkę-przytulankę, z którą układa się do snu bądź po prostu zabiera wszędzie ze sobą. U nas takim nieodłącznym towarzyszem wypraw stał się, ku miłemu zaskoczeniu mamy, uszyty przez nią kot, Filemonem przez K. nazwany. Mały bierze go zawsze w odwiedziny do babci, fundował mu już przejażdżkę pociągiem, a tego lata zatargał go w plecaku aż na cypel helski:) Lidka z kolei uwielbia swoją tildową lalę uszytą przez ciocię Jolę.
Dlatego nie miałam wątpliwości kogo zabierzemy na leśną wycieczkę podczas ostatniego ciepłego popołudnia. Jesień u progu. Wystarczyło tylko szybko zapakować do torby najpotrzebniejsze rzeczy, by już za chwilę móc cieszyć się świeżym leśnym powietrzem.


Podczas gdy tatuś z synkiem ruszyli na poszukiwania grzybów skrytych w leśnym gąszczu, my z Liduśką z upodobaniem zbierałyśmy ogromne żołędzie, szyszki, kolorowe liście i sosnowe igiełki - już wkrótce będą nam bardzo, bardzo potrzebne:) Potem oczywiście była nieodzowna przerwa na posiłek w postaci herbatników i białej czekolady.

 

A wieczorem? Wieczorem do poduszki uczta bajkowa. Prawdziwa perełka wpadła mi ostatnio w ręce z 1964 roku, II wydanie, mocno rozklekotane, ale kompletne i do tego z niezwykłymi rysunkami pełnymi ciepła i wyrazu. Mowa o Przygodzie z małpką napisanej przez Stefanię Szuchową a zilustrowanej przez Janinę Krzemińską.



Historia czteroletniego Dudusia zawiera mnóstwo dziecięcych emocji, od ekscytacji samodzielną wyprawą do lasu, po beztroską zabawę, aż po przestrach, smutek i rozpacz z powodu zagubienia w tłumie ludzi.
Człowiek dorosły powiedziałby o tej książce, że jest w rzeczy samej przesycona dydaktyzmem. Pouczające jest zakończenie chłopięcej przygody, ponieważ przestrzega przed nieznajomością swego pochodzenia, nazwiska czy miejsca zamieszkania. Z punku widzenia dziecka, bajeczka ta jest swojego rodzaju inicjacją w świat dorosłych, świat pełen zabieganych, hałaśliwych i śpieszących ludzi i maszyn. Uniwersalna prawda jaka z niej wypływa pokazuje jednak, że dziecko w tym świecie nie jest osamotnione. Bowiem jest wyposażone w naturalną wrażliwość poznawczą, która to właśnie pozwala mu tak dobrze czuć się na łonie natury, cieszyć leśnymi skarbami, rozumieć mowę pociągowych kół czy wyostrzać zmysły na dźwięki i kolory dobiegające z otoczenia. 
Moim zdaniem książeczka jak najbardziej aktualna - wymagająca odczytania w nowym świetle.
Bo czy dzisiaj wyprawa dzieci pozbawionych opieki rodzica spotkałaby się z uznaniem społeczeństwa? Zapewne nie do końca. No chyba że uzbroilibyśmy te dzieciaczki w telefony komórkowe i nawigację satelitarną, kontrolując tym samym każdy ich krok w stronę samodzielności. Tak jakbyśmy my dorośli stracili zaufanie, że dziecko może sobie poradzić, jeśli nie w wielkomiejskiej dżungli, to przynajmniej z własnymi trudnymi emocjami.
Czasem najlepszą pomocą okazuje się w tym czasie mały, pluszowy przyjaciel albo życzliwe słowo. Dudusiowi przydała się małpka, którą tak troskliwie potrafił się zajmować. Była dla niego czymś tak charakterystycznym i przynależnym, że możliwa stała się identyfikacja zagubionego chłopca. A on sam, dzięki niej również zrobił duży krok naprzód w rozwoju: zrozumiał,  że musi poznać siebie samego, aby te informacje umiejętnie przekazywać dalej. Kiedyś po prostu przestanie już potrzebować swej pluszowej małpki... :)
Promienne uśmiechy książkowych bohaterów, mistrzowsko namalowanych przez Krzemińską, mówią same za siebie.

 


  




EDIT:
I dopiero teraz, kiedy z pasją poszukuję informacji o tej pozycji, widzę, że miała ona w tym roku swoje wznowienie (Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2014).
To o czymś świadczy, nieprawdaż?