Naszym dzieciom.


27 wrz 2015

W lesie

Zdaje się, że trochę zapomniana, propagatorka wiedzy przyrodniczej wśród dzieci w latach 50-60-tych, autorka wielu książek dla dzieci i słuchowisk radiowych, Hanna Zdzitowiecka, zniewoliła nas swą pozycją  
W lesie (Nasza Księgarnia 1957, wyd II, rozszerzone). To druga, po Nad wodą, pozycja popularyzująca ojczystą przyrodę, w prostym, przystępnym stylu. 


Potraktowaliśmy tę książkę nie jako podręcznik, który należy 'przerobić' jednym tchem, ale jako inspirację i motywację do poznawania natury, wertowaliśmy kartki w poszukiwaniu rzeczy znanych i nowych, zgłębiliśmy mnóstwo niezwykłych ciekawostek.

Krótkie opowieści o zwierzętach osnute są na kanwie wydarzeń rozgrywających się z udziałem dwojga dzieci. Joasia i Krzyś są badaczami leśnej przyrody, edukują siebie nawzajem, a z ich rozmów mały czytelnik poznaje nazwy gatunków ptaków, owadów czy grzybów i drzew. Dialogi skonstruowane są jako entuzjastyczne wykrzyknienia oraz pełne ciekawości zapytania o obyczaje i tryb życia leśnych stworzeń. Podglądanie mrówek, głuszca, dudka to dla dzieci dobra zabawa. Chętnie podejmują się współpracy z leśniczym, opiekują się małą sówką, zbierają jagody latem a zimą obserwują tropy zwierząt i dokarmiają zwierzęta. Może współcześnie taka postawa wydaje się nieco zinfantylizowana, jednak pewne jest, że w XXI wieku jesteśmy co raz dalej od obcowania z naturą. Lektura książeczki razem z dziećmi stanowi jeden ze sposobów na to, aby przywrócić tego pierwotnego ducha, którego wszczepiali nam za pośrednictwem piśmiennictwa, autentyczni znawcy i miłośnicy przyrody.
Miłość do lasu Zdzitowiecka przekuła na formę literacką często także animizując zwierzęta, które samodzielnie snują swoje opowieści. 
"Ileż to pięknych bajek można sobie ułożyć jadąc przez zaśnieżony las!" - myśli Joasia. Las wciąż bywa nieodkrytą zagadką, miejscem pełnych tajemniczych przygód i doznań, inspiracją.
Dzięki temu specyficznemu przewodnikowi po świecie leśnej fory i fauny staliśmy się uważnymi obserwatorami najbliższych okolic, zdecydowanie wzbogaciliśmy nasz zasób pojęć związanych z leśnym życiem. Odkryliśmy także  bogate w szczegóły, o niezwykłych barwach, ilustracje Stefana Styczyńskiego:











Mamy to szczęście, że w lesie możemy bywać często. A jeśli akurat nie, to spacerujemy zazwyczaj pobliską trasą, przy której umiejscowiono specjalne tablice edukacyjne. Dzieci je uwielbiają. Możemy z nich dowidzieć się jak długo "żyją" śmieci, poznawać gatunki leśnych roślin, dotykać korę drzew i sprawdzać czym się różnią pnie.





Innym znów razem wyruszamy na leśny spacer, wyposażani zawczasu w koszyczki na 'skarby', bo wiadomo, że dzieciaki i tym razem coś przemycą w kieszeniach;)



A las oferuje wiele. Nie trzeba się rozpisywać zbytnio na ten temat. Na ściśle usystematyzowaną wiedzę przyjdzie jeszcze czas. Maluchy obserwują okolice, ja patrzę na nie. Spoglądam jak zadzierają głowy do góry, obejmują pnie drzew, głaskają mech, taszczą największe patole i rysują coś na piaszczystym leśnym dukcie. Dokonują własnych odkryć. Chłoną las całymi sobą - a w domu wyznają nieoczekiwanie: "Lubię chodzić do lasu!". A ja lubię to słyszeć:)







Kacper ponadto założył własny "Przyrodnik", który pomaga mu przechowywać swoje 'skarby' w jednym miejscu. Na tekturki przykleja intrygujące go piórka, zasuszone kwiaty i inne pamiątki, albo po prostu wkłada je do foliowych koszulek. Pomagam mu je opisywać.
Znalezione w różnych zaskakujących miejscach: w lesie, na podwórku u babci, na ulicy podczas nocnego spaceru czy w naszym ogrodzie - jedne okazy obserwujemy i zostawiamy, inne zbieramy z uwagą.








21 wrz 2015

Pięciu braci z grochowego strączka

                                                     Nasza Księgarnia 1962, wyd. I

Dziś, za sprawą kolejnej zapomnianej lektury, porzucamy sobie trochę grochem lub pożonglujemy słowami, przypomnimy stare polskie przysłowia i samodzielnie wyhodujemy ogrodowe roślinki - bacznie obserwując ów proces. Będziemy dotykać, słuchać i patrzeć co mają nam do opowiedzenia niepozorne ziarenka.  Zapraszamy!
Z tą naszą znajomością języka polskiego różnie jest, czasem używamy jeszcze rozmaitych związków frazeologicznych lub powiedzonek, jednak nie zawsze jesteśmy pewni właściwego ich kontekstu sytuacyjnego. Dlatego, tak na wszelki wypadek, troszkę przepraszająco, dodajemy małe słówko "przysłowiowy (-e, -a)". Czujemy się wówczas usprawiedliwieni w razie, gdyby zwrot okazał się nietrafny lub brzmiał za bardzo staroświecko. Weźmy dla przykładu taki groszek, który będzie bohaterem zaprezentowanej książeczki. Straszna pokraka językowa wychodzi nam, kiedy chcemy rzucać przysłowiowym grochem o, jeszcze przysłowiową ścianę.... Sami rozumiecie.


Autorzy publikacji Pięciu braci z grochowego strączka: Anna Bańkowska i Kazimierz Greb zechcieli uczulić ówczesną młodzież na celowość zastosowania zwrotów językowych ze słówkiem 'groch'. To także lekcja etymologii i przyrody zarazem.
Historia rozpoczyna się kłótnią rodzeństwa, którą pewna kreatywna mama potrafi ukierunkować na twórcze działania dzieci. Ogłasza więc konkurs na zapisywanie wszystkich znanych przysłów, wierszy i powiedzonek o jarzynach i owocach stanowiących posiłek danego dnia. Na pierwszy ogień idzie marchewka z groszkiem (kto musiał żywić się tym daniem na szkolnej czy internackiej stołówce, ten od razu ma ochotę odrzucić książkę do kąta - ale spokojnie, ja przebrnęłam przez nią, nawet pomimo równie znienawidzonej posadzki w zielono-pomarańczową kratkę;)
Dorotka i Krzyś jednak marchewkę z groszkiem lubią, a co więcej są ciekawi jak kiełkuje ziarenko groszku i co dzieje się z nim pod ziemią.

                                                             ilustracje: Juliusz Makowski

Swoją wiedzę czerpią z kilku źródeł: od wiejskiej gospodyni, a także czytują "Płomyka". Chłopiec wpada na pomysł, aby obserwować rozwijającą się roślinkę za pomocą klatek filmowych, a mama zachęca dzieci do ułożenia ilustrowanego scenariusza do filmu pod tytułem "Tajemnice ziarnka grochu".





Karty książki zamieniają się więc w swoistą taśmę filmową, na której pokazano kolejne etapy uprawy grochu, cykl rozwojowy a także zastosowanie warzywa. Tajemnicze procesy zostają wyłożone przystępnym językiem, pełnym opisowych porównań i onomatopei. Roślinka przecież żyje - można ją nie tylko zobaczyć w pełnej okazałości, jak zmienia się każdego dnia, ale i niemal usłyszeć jak pęka dojrzały strąk i wysypują się z niego groszkowi bracia... Każdy z nich przeżywa w dodatku, inną, pasjonującą przygodę.
Ostatnie, najładniejsze, ziarno trafia do Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin, gdzie jest poddawane specjalistycznym badaniom i może stanowić materiał do wysiewu w kolejnym sezonie wegetacyjnym.

Czytając tę książeczkę aż chciało się wprowadzić jej treści w czyn. Udało się zainteresować naszą "młodzież" kilkoma formami aktywności z grochem w roli głównej.

1. Starszy z zapałem zabrał się za hodowanie roślinki w warunkach domowych. Dla porównania wzięliśmy również ziarenko fasolki wielokwiatowej i szparagowej. Kacper umieścił je w słoiczkach wypełnionych wacikami kosmetycznymi, delikatnie podlał i uważnie obserwował każdego dnia. Całe doświadczenie sprawiło mu wyraźną frajdę - nawet jego parudniowa nieobecność w domu nie zgasiła zainteresowania losem roślinek. Sprawdzał ile urosły, czy mają wodę i słońce, nieustannie porównywał i podziwiał wyrastające korzonki i liście. Ja jedynie dokumentowałam jego spostrzeżenia;)

(eksperyment z fasolą znaleźliśmy dokładnie opisany w książce z cyklu Moja pierwsza książka. Przyroda Angeli Wilkes, Polska Oficyna Wydawnicza "BGW" 1990)
 
Jak widać, fasola szparagowa nam nie wykiełkowała. Sprawdzaliśmy także co dzieje się z ziarenkami jeśli namoczymy je długo w wodzie, jak marszczy się im skórka i pęcznieją nasionka.

2. Rozmowom o grochu towarzyszyła też zabawa uruchamiająca zmysł wzroku, słuchu i dotyku - dla najmłodszych.
Lidka wrzucała ziarenka przez lejek do małego plastikowego słoiczka, do którego schowałyśmy małe przedmioty. Po całkowitym ich zasypaniu i zakręceniu pojemnika potrząsała nim w poszukiwaniu danej rzeczy. Kaja z kolei szeleściła i rzucała poduszeczkami sensorycznymi z różnymi ziarnkami.





19 wrz 2015

Pan Tip-Top

Co robić, gdy wokół wieje nudą i pustką? Kiedy budzisz się rano i masz przed oczami stale ten sam widok: równinną pustynię, kreskę horyzontu i 333 jeziorka dookoła? Pan Tip-Top nie dość, że się okrutnie nudził na swej maleńkiej planecie, to jeszcze był strasznym samotnikiem. Byłby pewnie tak przeżył resztę swojego życia, gdyby nie pewien przełomowy dzień, w którym odważył się wreszcie zanurzyć w bajecznie kolorowym jeziorku.

Pan Tip-Top był bowiem pędzlem, a każdy pędzel musi malować - musi, bo inaczej się udusi - wiadomo.
Odkrycie swojej prawdziwej natury i swoich potrzeb wyzwoliło w Panu Tip-Topie zdumiewającą kreatywność. Zaczyna więc malować. Najpierw kropki i kreski, po prostu. Potem różne ich kombinacje.
A świat przez niego stworzony ożywa i staje się częścią jego planety: złote kropki gwiazd, las w jodełkę, kwiaty... Pan Tip-Top po raz pierwszy od wielu lat dobrze śpi, wypoczęty się budzi, podśpiewuje...
Nie wie, co przyniesie kolejny dzień, kolejny akt stworzenia (motyw genesis), jednak jego dzieła utwierdzają go w przekonaniu, że warto znów podjąć wyzwanie i malować.


Stworzone przez Pana Pędzla istoty domagają się towarzystwa: las pragnie strumienia i zwierzyny, kwiaty pszczół i ptaków, a morze potrzebuje ryb. Życie ciągnie do życia. Planeta Tip-Topa w niczym już nie przypomina smutnej i samotnej krainy, a on sam prowadzi długie i uważne rozmowy z nowymi mieszkańcami. To od nich dowiaduje się również o istnieniu Krainy Tam, miejsca, z którego może przywoływać wszystko, co piękne, cokolwiek sobie wyobrazi.





Wyraziste ilustracje Józefa Wilkonia zrobiły z tą książeczką Zbigniewa Żakiewicza to samo, co Tip-Top ze swoją planetą. Stworzyły ją na nowo i w pełni. Te historie nie mogą nie iść w parze. Złote kropki. Mozaikowy wąż. Tygrys trochę w cętki, a trochę w paski. Istoty wywoływane z niebytu, z jakiejś czarnej kosmicznej dziury, uświadamiają doniosłość pradawnego aktu, o którym traktują niemal wszystkie człowiecze mitologie, aktu stworzenia świata. 

Nasza Księgarnia wydała tę pozycję niezwykle starannie (my korzystaliśmy z pierwszego wydania z 1982 roku; warto wiedzieć, że Wydawnictwo Bajki-Grajki dokonało w 2009 roku w całości jej przedruku - całkiem słusznie, zważywszy na jej walor poetycko-dźwiękowy).
Osobiście zachwyciła mnie szata graficzna książki: barwne tło tekstu jest doskonałą przeciwwagą dla ilustracji, z której wyłania się kolejna stworzona postać, będąca jakimś nośnikiem znaczenia.
Jak szkiełka w kalejdoskopie, tak układa się, strona po stronie świat Tip-Topa. Jeden ruch pędzlem i można z konia zrobić zebrę. To tylko zwiastun nieograniczonych możliwości stwórczych.
Treść zanotowana kursywą odsyła mnie myślą do dawnych archetypicznych przekazów i podań, które w toku dziejów stawały się inspiracją tak dla badaczy starożytności, jak i dla twórców kultury.

Nasze maluchy polubiły Pana Pędzla, za dobrą zabawę, którą im zaoferował.
Kierowaliśmy się, jak zawsze, intuicją, ulubieniem prostoty i niespieszeniem w czasie.
Podobnie jak bohater książeczki korzystał w swej twórczej pracy z rzeczy mu bliskich, tak i my posiłkowaliśmy się tym, co w Chatce jest w zasięgu ręki.
Przed lekturą jeszcze okazało się, że w dziecięcych zasobach pomieszkują sobie jacyś krewni Tip-Topa, ot, ciut mniejsi i nie tacy znów chudzi, ale z rzecz jasna z czupryną!
Lidka zafundowała im orzeźwiającą kąpiel w kolorowej brei:)





Po odrobinie szaleństwa można było zacząć ćwiczyć zmysł równowagi.
Chodzenie tip-topami po szarfach bywa zabawne.



Bohater Żakiewicza niewątpliwie swą bujną fryzurą odcisnął trwały ślad w swoim otoczeniu.
Zabawa w stawianie pieczątek ze śladów zwierząt, figurek i co wpadnie w łapki może być próbą uchwycenia krok po kroku procesu twórczego.




W każdym człowieku bez wyjątku kryje się pragnienie, by to, co tworzy - choćby tylko w codzienności - było namacalne. Świat namalowany przez natchnionego Pędzla Tip-Topa świeci, szumi, brzęczy i drga. Nawołuje i nuci kołysanki. Szepce, nęci, a nawet chrapie...
Można nie tylko go podziwiać, ale traktować jako partnera do rozmowy - to ważna lekcja szacunku do otaczającego nas świata.
W zabawie podjęliśmy też próbę stworzenia naszego kawałka świata. Synek zaproponował zrobienie gwiazd, potem ryb. Użyliśmy foliowych worków jako tła, uzyskując (w przekonaniu mamy) głębię nocy i efekt rozmytej wody;) Dzieciom spodobało się szeleszczenie folii, przyklejanie nań samodzielnie wyciętych elementów. Gwiazdki na niebie zaświeciły nam różnorodne, oddziałujące na zmysł dotyku i wzroku: z żółtego kartonu, filcu, pianki, fosforyzujące, z tkaniny w żółtą krateczkę. Ryby synek wycinał z papieru samoprzylepnego i z  tekturki falistej, którą ozdabiał cekinami. Całość rozpięliśmy na ścianie. Nasze niebo prawdziwie świeci wieczorną porą. Wystarczy też rzucić nań światło lampki lub projektora, by działy się na nim kolejne akty... A to już zależy od tego, co wyobraźnia podpowie.

16 sie 2015

Pan Maluśkiewicz i wieloryb

Tyci, tyciutynieczkiego człowieczka nie trzeba nikomu przedstawiać. Tuwimowskiego Pana Maluśkiewicza nasze dzieci poznały dobrze z księgi piątej Poczytaj mi mamo (Nasza Księgarnia 2014), w której zamieszczono "poczytajkę" zilustrowaną przez Mirosława Pokorę. Historyjka bawiąca do łez znalazła raz finał w Chatce na sowich nóżkach podczas specyficznych okoliczności, kiedy to dzieciaki zmuszone chorobą do pozostania w domu, okupowały dmuchany kajak na środku salonu;) A ponieważ w Chatce dzieją się rzeczy różne, zdarzyła się też więc kajakowa burza oraz przyjaciółka domagająca się dalszej historii;)
Zabraliśmy więc na pokład nie kogo innego, ale Pana Maluśkiewicza właśnie!
Brat z oddaniem 'czytał' siostrze, siostra otwierała szeroko oczy ze zdumienia, mama spoglądała wymownie na tatę, a tata mrugał do mamy, a potem....





Potem zakręcone i pozawijane fale Pokory pozwoliły nam popłynąć na szerokie wody wyobraźni.
Warto w tym miejscu jeszcze zaczerpnąć inspiracji ze słowa wstępu do księgi piątej, pani redaktor Joanny Wajs:
Kiedy jesteśmy dziećmi, sztuka wydaje się czymś równie konkretnym i niezaprzeczalnym jak kot czy strażak. [...] Na zmianę jesteśmy genialnymi artystami i najwdzięczniejszą publicznością, jakiej można sobie zażyczyć - żywo reagującą na każdy obraz i słowo.
Nasze pozornie beztroskie zabawy polekturowe z dziećmi umacniają nas w powyższym przekonaniu.
Kiedy wyobraźnia dziecka nabiera tempa tak, że my dorośli ledwo możemy za nią nadążyć, a co dopiero odtworzyć ponownie, pozostaje nam za panem Maluśkiewiczem nutka niepewności co do przeżytych przygód. Tymczasem konkret, który oferuje nam dziecko, zaprasza do przeżywania podróży, w których nigdy się nie zniechęcamy, nie nudzimy się i nie ziewamy, podróży pełnych zaskakujących zwrotów akcji oraz niezaplanowanych doznań. A nasz poukładany świat i strach przed czymś nowym możemy spakować do walizki i rzucić na dno morza.

Okręciki z łupinek orzeszka robiliśmy kiedyś przy innej okazji (zobacz ), dlatego tym razem do zbudowania łodzi wykorzystaliśmy patyczki i drewienka znalezione bądź to na plaży, bądź na wyrębie - wygładzone przez wodę i wiatr stanowią świetny budulec i materiał poznawczy). Powstały różnej maści i kalibru tratewki, które natychmiast puściły się w rejs po wzburzonych falach maminej apaszki.




Trzeba przyznać, że ekwipunek był tu ważnym elementem przygodowym, jak również bogaty świat morskiej fauny. W roli podróżnika - smerf Maruda;) Wyszukiwanie przydatnych rekwizytów, tworzenie fabuły, wyznaczanie ról i burzenie ustalonego porządku to niemal stałe punkty zabawy - zawsze jednak otwartej na nowe pomysły. Nie obyło się rzecz jasna bez szukania ukrytego skarbu, omijania strażników, straszliwego sztormu i paru innych zawadiackich akcentów.